Lektura na weekend: Uśmiech mima

Upalny sierpniowy dzień rozleniwiał słońcem i czasem wakacyjnego nicnierobienia. Stary kazimierski Rynek tętnił gwarem młodzieży przyjeżdżającej tu od kilku już lat na festiwal filmowy i artystyczny - tak zaczyna się opowiadanie Moniki A. Oleksy "Uśmiech mima", którego akcja toczy się w Kazimierzu w czasie ... festiwalu filmowego.

Wiekowe i zabytkowe kamienice spoglądały wyniośle ponad głowami współczesnych subkultur, zabłąkanych turystów i niedocenionych artystów zjeżdżających tu rokrocznie w poszukiwaniu spełnienia.

Agata poprawiła słomkowy kapelusz, obciągnęła nienagannie skrojony kostium z białej żorżety i skryła się za szkłami dużych, słonecznych okularów. Po raz kolejny zadawała sobie pytanie, co ją tu przygnało? Dlaczego wybrała Kazimierz, do którego tak bardzo nie pasowała szczególnie w tym gorącym, wakacyjnym okresie? Wydawało jej się, że tutaj będzie daleko od Warszawy, że ucieknie od tego strasznego upokorzenia, które ją tam spotkało. Spokojne, malownicze miasteczko zdawało się być najlepszym lekarstwem na stres minionych dni. Było to iluzją, ale o tym Agata przekonała się dopiero na miejscu. Nigdzie nie było takiego, gdzie mogłaby schować się przed okrutnymi słowami Piotra i wstydem, jaki pozostał po ich zerwaniu.

„Nie zniosę już ani jednego, poukładanego dnia z tobą. Twój perfekcjonizm mnie zabija. Duszę się przy tobie zupełnie tak, jak w sztywnym, za małym kołnierzyku. Jesteś taka... przewidywalna, sztuczna i tak cholernie poważna. Nie mogę tak dłużej, Agata.”

Słowa Piotra raniły boleśnie; jeszcze bardziej bolał widok jego nowej panienki. Zupełne przeciwieństwo Agaty. Szalona, roztrzepana, młodziutka i... urocza.

Nie mogła zrozumieć, jak mógł jej to zrobić po tylu latach?

Dziewięć lat. Dziewięć lat wyśnionej, jedynej miłości. Dziewięć lat życia jak w bajce.

Tylko, że w bajce królewicz nie mówi „Żegnaj”. A Piotr tak powiedział. Spakował rzeczy, zabrał z łazienki szczoteczkę do zębów i rzucił Agacie to jedno wymięte słowo. „Żegnaj”.

Uciekła z Warszawy i zaszyła się w kazimierskiej willi. Tutaj nikt nie patrzył na nią z politowaniem i współczuciem. Pulchniutka gospodyni z czerstwą, zahartowaną twarzą patrzyła na Agatę z uśmiechem i o nic nie pytała. Tutaj nikt o nic nie pytał i nikt jej nie znał. Tylko gorzka pamięć przygnała tuż za nią i nie chciała odstąpić nawet o krok. Dusiła, dławiła i wyciskała łzy.

Agata przymknęła oczy skryte za ciemnymi szkłami okularów. Postanowiła uciec z Rynku i ukryć się w zaciemnionym, pachnącym starym drzewem pokoju. Postąpiła krok naprzód i nagle poczuła, że jedna jej noga stawia opór. Zupełnie tak, jakby przykleiła się do bruku. Obcas białej szpilki zaplątał się w szczelinę kocich łbów i dziewczyna zachwiała się niebezpiecznie. Upadłaby, gdyby nie biała dłoń, która w porę uchwyciła jej ramię. Podniosła głowę i spojrzała wprost w twarz nieruchomego mima. Jego smutek rozświetlił przez chwilę delikatny uśmiech.

- Dziękuję – wyszeptała, a on skłonił się z gracją. Był tak samo nierzeczywisty, jak cały ten świat, który ją otaczał. Jego białe ciało, przybrane w krótkie czarne ogrodniczki zdawało się być wtopione w Rynek i atmosferę tego miasteczka. Przez chwilę Agacie wydawało się, że ma przed sobą kawałek marmuru, a nie żywego człowieka. Stał przed nią nieruchomo, z przymkniętymi powiekami i lekko uniesioną dłonią, w której trzymał krótką ciemnoczerwoną różę. Poczuła, że musi się mu odwdzięczyć za uratowanie przed bolesnym upadkiem. Sięgnęła do torby i wygrzebała nowiutką pięciozłotówkę. Kubeczek, do którego wrzuciła monetę był prawie pełen. Brzęk pieniążka sprawił, że oczy mima otworzyły się szeroko, a on sam powtórnie skłonił się przed kobietą, spojrzał na nią i położył u jej stóp czerwoną różę. Słodki zapach kwiatu przemieszał się z mdłym zapachem wapna. Agata schyliła się i podniosła różę. Mim tkwił już nieruchomo i tylko jego uniesiona dłoń pozostała pusta.

- Za każdym razem, kiedy mim ofiarowuje komuś czerwoną różę, jego serce pęka na tysiące kawałków – młoda, wysoka dziewczyna z włosami czerwonymi jak burgund znalazła się za Agatą nie wiadomo kiedy. Miała sympatyczną, szczerą twarz i zielono-kocie oczy.
- Jeśli nie chcesz, aby się roztrzaskało, bądź o 19-stej w Zielonej Tawernie – szepnęła i pognała z wiatrem powiewając lnianą sukienką.

Agata wzruszyła ramionami, jeszcze raz spojrzała na mima, który wciąż stał nieruchomo na postumencie bruku i wróciła do bezpiecznego pokoju, dającego chłód i schronienie.

To, co usłyszała wydawało jej się absurdalne. Zaintrygowały ją jednak słowa nieznajomej i tuż po 19-stej weszła niepewnym krokiem do zarośniętego zielenią ogródka.

Zielona Tawerna zaczynała żyć nocą. Splecione pary tu przychodziły, aby nasycić się przed nocą namiętności, a zapach parzonej kawy i grzanego wina unosił się ulotną mgłą i rozbudzał zmysły.

Agata przebiegła wzrokiem zaludnione stoliki i dostrzegła ten jeden, do którego skierowała swoje kroki.

Ciemny, zamyślony brunet o oczach tak czarnych jak piekło wstał na jej widok, a twarz jego rozświetlił uśmiech. Umyty, pozbawiony białej farby wyglądał dziwnie ludzko. Wyciągnął dłoń i wskazał krzesło, na którym leżała kolejna czerwona róża. Agata podniosła ją i usiadła. W tej samej chwili młodziutka kelnerka o czerwonych włosach  znajomym uśmiechu przyniosła skąpanego w lodzie szampana i puchar pełen pachnących truskawek.

- Nie wiedziałem, czy gustujesz w winach słodkich, czy wytrawnych, dlatego wybrałem szampana. Pasuje do ciebie.

Głos mężczyzny był ciepły i głęboki, i tylko dziwnie brzmiał w tej wiecznie nieruchomej twarzy.

- Dlaczego? – obrzuciła go błękitem spojrzenia, a kąciki jego ust uniosły się delikatnie.

- Jest tak samo wytworny, uderza do głowy i mąci umysł.

- A truskawki?

- Tylko przy nich szampan smakuje jak nektar bogów.

Agata patrzyła na spieniony napój, który musując uciekał z kieliszka. Czuła się dziwnie. Niezręcznie. Siedziała w knajpie z nieznajomym mężczyzną, piła z nim szampana i miała wrażenie, że zna go od dawna. Wydawało jej się, że zawsze przy niej był, przyjaciel z dzieciństwa, wierny muszkieter, kolega ze szkolnej ławki. Braterstwo dusz i umysłów.

- Za najpiękniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek widziały oczy mima.

Agata poczuła, jak jej policzki płoną. Mój Boże, kiedy to ostatni raz czuła się zawstydzona jak pensjonariuszka? Piotr... Nie, nie będzie teraz tego roztrząsać. Dość! Chce cieszyć się chwilą, nawet jeśli to szaleństwo.

-Kim jesteś, tajemniczy mimie? I dlaczego siedzę tu z tobą zamiast rozpamiętywać moje pęknięte życie?

-Jesteś tu, bo dla ciebie pękło moje serce. A kim ja jestem? Opowiem ci to trzema pociągnięciami pędzla. Latem jestem magicznym mimem, który potrafi odmieniać życie turystów. Jesienią, zimą i wiosną jestem zwyczajnym nauczycielem sztuki w nałęczowskim liceum. A przez cały okrągły rok jestem malarzem i na swoich obrazach zbieram kawałki świata. Teraz kolej na ciebie, piękna nieznajoma.

Agata roześmiała się. Szampan zaczynał szumieć jej w głowie. Kołysał ją delikatnie, szepcząc o obietnicy spełnionych marzeń.

-Trzy pociągnięcia pędzla?

- Tylko trzy.
- To i tak za dużo jak na moje nudne życie. Jesienią, zimą, wiosną i latem duszę się w wielkomiejskim gwarze stolicy. Pracuję w wielkim biurowcu, gdzie nawet kwiaty są sztuczne. Projektuję domy i wykańczam wnętrza. Moje życie jest szare i monotonne, a ostatnio samotne.

- A w Kazimierzu...

- ... uciekam przed zranioną miłością. A może zranionym ego? Już sama nie wiem, przed czym uciekam.

- Może przed sobą?

- Może...

Zegar odmierzał kolejne minuty, wybijał godziny, szary wieczór przeszedł niepostrzeżenie w mrok, a Agata siedziała zasłuchana w opowieści mima. Miał na imię Bogdan. Mieszkał w Kazimierzu, w pachnącej drewnem i wiekiem chałupie. Jego dusza artysty skłoniła go do opuszczenia skamieniałego miasta i osiedlenia się w miejscu, gdzie świerszcz co noc gra za kominem, a zielone wąwozy pachną wolnością. Był taki inny od poukładanych, grzecznych mężczyzn, których znała Agata. I taki inny od Piotra. Piotr... jego wspomnienie wciąż powracało, wciąż bolało, ale kontury nie były już tak wyraźne. Zacierały się przed oczami pamięci. Blakły.

Następne dni były dla Agaty kolorową bajką. Odrzuciła w kąt pastelowe kostiumy i szpilki. Zamiast tego wygrzebała z eleganckiego nesesera jedyną parę szortów i T-shirt, na nogi włożyła zakupione na kazimierskim targu trampki za jedyne 15(!) złotych. Wyłączyła komórkę, jasne, poukładane starannie włosy związała w pospolity koński ogon i wyruszyła wraz z Bogdanem do krainy marzeń.  

Zwiedzali okoliczne zakątki i urokliwe wioski pachnące świeżym masłem. Starą łodzią przeprawiali się na drugą stronę Wisły i tam uciekali przed najazdem turystów. Jedli świeży miód z pobliskich pasiek i popijali kozim mlekiem. A popołudniami magiczny mim nieodmiennie wręczał czerwoną różę ślicznej, opalonej blondynce w wielkim słomkowym kapeluszu i ciemnych okularach.
 
Agata z każdym dniem rodziła się na nowo. Z każdym dniem powiększała swoją prywatną kolekcję szczęścia, zbierając okruchy poranków, wieczorów i nocy. Wiedziała, że to, co robi jest szaleństwem, ale pragnęła tego obłędu, to w nim stawała się mocniejsza, pewna siebie i gotowa stoczyć walkę ze światem.

Po tygodniu spojrzała w lustro z niedowierzeniem. Czy ta opalona, uśmiechnięta dziewczyna z roziskrzonymi radością oczami i twarzą nakropioną słonecznymi piegami to rzeczywiście ona? Gdzie się podziała ta sztywna, wyniosła kobieta, którą tu przywiozła? Gdzie się podziała ta niezłomna zasada: „Nigdy nie umawiaj się z nieznajomym i nigdy nie idź do łóżka na pierwszej randce”?
     
Agata z rozmarzeniem spojrzała na swoje nagie ciało. Nie tylko poszła do łóżka na pierwszej randce, ukołysana szampanem i potężnym ciałem Bogdana. Każdą noc oddawała mężczyźnie, który ratował ją przed samozniszczeniem. To on budził w niej kobietę, to z nim spełniała swoje fantazje i pragnienia. Kochali się na pachnącej łące i na starym, trzeszczącym łóżku w jego chałupie. Ukrywali swą nagość w starej wannie Bogdana i pod prysznicem nowoczesnego pensjonatu. Każda noc była inna, każde zbliżenie dawało nową, nieznaną dotąd moc i rozkosz.

Przez cały ten długi tydzień Agata ani chwili nie poświęciła myślom o Piotrze. To był już zamknięty rozdział jej życia. Stała się inna. Radosna. Spontaniczna. Szczęśliwa. I choć wiedziała, że jej czas w Kazimierzu dobiega końca, nic nie było w stanie zmącić tej radości życia, którą w sobie odkryła.

Ostatni wieczór spędzali w Tawernie. I tak samo jak poprzednio pili musującego szampana i zagryzali truskawkami. Tym razem jednak, obok róży, leżał duży, srebrny pierścień wysadzany górskimi kryształami.

- Co „to” oznacza? – Agata wskazała na pierścień.

- Był śliczny. Duży, potężny jak Bogdan, a jednocześnie delikatny w swej prostocie.

- Przymierz.

Pasował idealnie na serdeczny palec.

- Do róży już się przyzwyczaiłam. Co oznacza pierścień?

- Magnetyzm serc.

Zamrugała oczami. Przez cały czas, który spędzili razem nie padło między nimi ani jedno wyznanie. Czuli, że jedno niepotrzebne słowo może rozwiać całą magię. I milczeli, używając języka gestów i dotyku, języka cielesnej miłości. Dlatego te dwa słowa wypowiedziane przez Bogdana zaniepokoiły Agatę.

- Za każdym razem, kiedy mim ofiarowuje srebrny pierścień... – zaczęła z uśmiechem, ale nie dał jej dokończyć. Jego słowa zaskoczyły ją, a potem poraziły.

- Wyjdź za mnie Agata. Jesteś pierwszą kobietą, przy której czuję tę magię. I nigdy nie byłem niczego tak pewien jak tej miłości. Do ciebie.

Zamknęła oczy i nie śmiała ich otworzyć. Wszystko w niej rwało się do jego bezpiecznych ramion, mocnych pocałunków i rozkosznych pieszczot, ale serce jej zmroził chłód. Wróciły słowa Piotra, ból i rozczarowanie. Miłość boli. Nie może pozwolić na to ponownie. Już nie zniesie kolejnego odtrącenia.

- Nie mogę – wyszeptała tak cicho, że ledwie słyszała samą siebie.

Nieruchoma, smutna twarz mima rozmyła się w potoku łez i letnim deszczu, który po wielu dniach suszy pobłogosławił ziemię swoją soczystością.

XXX

Jesienne popołudnie tonęło w szarych strugach deszczu i zbutwiałych, rozmokłych liściach. Hektopaskale ciśnienia spadały kreskami w dół, a ból w głowie rozpychał się jak natrętny, nieproszony lokator.

Agata kreśliła kolejny projekt i kolejny arkusz wrzucała do kosza. Czuła się pusta i wyczerpana. Zabrakło pomysłów. Zabrakło nadziei. Została tęsknota, żal za niespełnieniem i pogarda do samej siebie za tchórzostwo i ucieczkę. Uciekła jak zbieg. Nie zostawiła telefonu, ani adresu. Nie stać ją było nawet na proste słowo „żegnaj”, które Piotrowi przeszło tak lekko. Uciekła od miłości i tęskniła za nią z każdym dniem coraz bardziej.

- Czy wy wiecie, co się dzieje na dworze? – Piotr wtargnął do biura, jak podmuch jesiennego wiatru. Na jego ręku błysnęła nowiutka, pachnąca miodem obrączka – Wieje, dmucha, pada i mrozi chłodem. A na dole, przed budynkiem jakiś głupek stoi boso na chodniku i udaje mima.

Agata drgnęła i powoli odwróciła się w stronę Piotra.

- Mim? – powtórzyła.

Piotr strzepał z parasola ciężkie krople deszczu i spojrzał na dziewczynę.

- Tak, stoi jak posąg z kubeczkiem u stóp i czerwoną różą w ręku. Że też ludzie nie mają już jak zarabiać na życie...
   
Agata nie słyszała już dalszych słów Piotra. Zbiegała z siódmego piętra, nie czekając na windę. Ból w głowie minął bezpowrotnie, a nadzieja, ta głupia nadzieja gnała ją na dół. Wiedziała, że to absurdalne. To nie mógł być ON. A jednak okruszki wiary gotowe były przenosić góry.
   
Stał w strugach deszczu ze spuszczoną głową. Oczy miał przymknięte, a twarz jego była tak przeraźliwie smutna, że aż za serce ściskała. W prawej, lekko uniesionej dłoni trzymał długą czerwoną różę otoczoną srebrnym pierścieniem. Zabiegani mieszkańcy stolicy przystawali przez chwilę, patrząc ze zdziwieniem na dziwną postać, a potem pędzili dalej do swoich spraw i kłopotów.

Jego kubeczek był prawie pusty. Ciężka pięciozłotówka odbiła się z brzękiem i zakołatała przez chwilę. Mim skłonił się z gracją i wyciągnął w stronę Agaty rękę, podając jej różę.

- Jeśli i dziś odrzucisz moje słowa, będę tu stał codziennie i żebrał o to, byś mnie przygarnęła. Jesienią, zimą, wiosną i latem samotny mim będzie czekał na swoje Przeznaczenie. I pójdzie za nim wszędzie. Bo przed takim uczuciem nie da się uciec.

- Jak mnie znalazłeś? – podeszła do niego i odgarnęła mu z twarzy mokre kosmyki włosów.

- Powiedziałaś, że pracujesz w wielkim biurowcu. Po twojej ucieczce wystawałem przed każdym większym biurowcem w Warszawie. Codziennie wybierałem inny i czekałem na ciebie. Dobry pomysł, prawda? Tylko płacą tu kiepsko.

- Ty wariacie – przytuliła się do niego mocno i objęła potężne, przemoczone ciało swoimi ramionami – A twoja praca? Obrazy? Sztuka?

- Ty jesteś moją sztuką. Bez ciebie nic nie ma znaczenia. Czy wyjdziesz za mnie, czy też pozwolisz mi tonąć w deszczu i śniegu do końca mojego życia?

Nic nie odpowiedziała, tylko uwolniła czerwoną różę z mosiężnych okowów i wsunęła pierścionek na palec.

- Wciąż pasuje idealnie – powiedziała.

A mim tylko się uśmiechnął.


Monika A. Oleksa opowiadanie "Uśmiech mima"
Kazimierz Dolny nad Wisłą, sierpień 2000.
Marcinowi – mojemu Przeznaczeniu, z całą moją  
                                                              miłością.          

Skomentuj



Zobacz także

Najbliższe oferty specjalne

Weekend listopadowy 11-12 listopada 2020 to dobry moment na krótki wypad za miasto. Zrelaksuj się w jednym z naszych obiektów. Zobacz oferty specjalne przygotowane na ten czas.
Przyszłości nie przepowiadamy, ale możemy pomóc Ci zorganizować niezapomniany wyjazd Andrzejkowy. Sprawdź naszą ofertę noclegową przygotowaną specjalnie na Andrzejki 2020.
Pokaż stopkę