Psy w Kazimierzu były zawsze...

Skomentuj (13)

Odkąd sięgam pamięcią psy w Kazimierzu były zawsze. Jedne pojawiały się w sposób naturalny za sprawą jakiejś Azy czy Pchełki i stawały się obiektem adoracji miejscowych dzieci, inne pochodziły z wakacyjno-targowego importu.

Czasami znajdowały nowych właścicieli. Zostawały w miasteczku, buszowały po kazimierskich ogrodach, biegały po uliczkach, wylegiwały się na Rynku.
   
Psy własne i cudze. Pamiętam ich wiele. Mój pierwszy pies uwielbiał papierówki. W okresie ich dojrzewania całymi godzinami przesiadywał na ganku w oczekiwaniu na cudowne „pac”. Wówczas biegł co sił w łapach pod drzewo, pożerał jabłko razem z ogryzkiem, spoglądał w górę z nadzieją lub może z wdzięcznością
i wracał na posterunek.
   
Drugi pies, a właściwie suczka, o imieniu Fita była czarna, lśniąca i gruba. Z tego powodu nazywałam ją Karaluchem. Została matką równocześnie z kocicą państwa K. Fita zajmowała się kociakami, gdy ich matka wybierała się na łowy. A potem znajdowałam na legowisku psa tłustą mysz — dowód wdzięczności za opiekę nad dziećmi.
   
Wielka psia indywidualność to Inspektor. Gdy pojawił się w miasteczku był chorym i wychudzonym szczeniakiem pełnym chęci do życia. Całymi dniami obszczekiwał jaskółki. Znalazł troskliwych opiekunów, dzięki którym przeżył. Wyleczony i odkarmiony opuścił dobroczyńców i odtąd uszczęśliwiał swą obecnością innych kazimierzaków.
   
Imię zawdzięczał skłonności do składania niezapowiedzianych wizyt. Był przyjacielem ludzi, ale to on ustalał granice tej przyjaźni. Uczestniczył w życiu miasteczka, towarzyszył wycieczkom, bywał na pogrzebach. Inspektora już nie ma. Zginął pod kołami samochodu przed Kamienicą Celejowską.

Inaczej wyglądały losy Zuzi. Pewien weterynarz (nie z Kazimierza!) miał psa Kowboja — dużego, rudego kundla. Aby poskromić jego naturalny temperament, faszerował biedaka ,,głupim Jasiem”. W okresie stanu wojennego zostawił psa u znajomych, zapewniając, że szybko po niego wróci. Wyjechał do Szwecji. Pies przeszkadzał w domu, więc postanowiono go uśpić. Los tym razem był dla Kowboja łaskawy i dał mu nowego właściciela, a ten nowe imię — Zuzia, co było przyczyną wielu zabawnych nieporozumień. Uwielbiał bijatyki i z tego powodu cały łeb i łapy miał w szramach.Bały się go nawet „psy G-owej”, napadające na inne czworonogi oraz dzieci i dorosłych, a chowające się w bezpieczne rejony straganu swojej pani na dźwięk imienia Zuzia. Zginął w sidłach.

 

Więcej - w Brulionie On-line nr 2

Skomentuj



Zobacz także

Najbliższe oferty specjalne

Poniżej znajdziesz listę obiektów gotowych udostępnić miejsca noclegowe dla osób z Ukrainy, szukających schronienia w naszym kraju. Skontaktuj się z właścicielem obiektu i uzgodnij szczegóły....
Wyjazd to idealny pomysł na perfekcyjny Dzień Kobiet 2024. Jeżeli szukasz interesującego miejsca, zobacz co oferują właściciele obiektów na ten szczególny dzień.
Pokaż stopkę