Spacerkiem po okolicy: w poszukiwaniu Czarnego

Udostępnij ten artykuł

Na wędrówki po kazimierskich wąwozach każda pogoda jest dobra, nawet taka, kiedy pada lekki śnieżek bez nadziei na zimę, nawet taka, kiedy mży niewielki deszczyk. Trzy kilometry to przecież niewielki spacer, a człowiek od razu czuje się lepiej, zwłaszcza gdy spaceruje w miłym towarzystwie. No to w drogę!

Tym razem zaplanowałam spacer, który rozpoczyna się na parkingu za Korzeniowym Dołem. Wychodzą stąd trzy wąwozy – dokładnie jeden wąwóz i dwie głębocznice. Głębocznice – drogi dojazdowe – zostawiam na potem –  dla zmęczonych nóg i raźno wchodzę w naturalny wąwóz tuż przy posesji z  charakterystyczną rudą bramą. Nauczona doświadczeniem, że kazimierskie wąwozy lubią odważnych spacerowiczów gotowych by się schylić pod gałęziami zagradzającymi przejście lub je obejść, wspinając się na zbocze, liczę na leciutką zadyszkę. Ale Zagłoski Dół należy jednak do łatwych – jego dno choć wąskie jest raczej równe i wygodne do przejścia. Spokojnie można się więc skupić na oglądaniu zielonych od mchu pni leżących przy drodze i koegzystujących z nimi hub o najróżniejszych kształtach i kolorach. Raz czy dwa zdarza się wprawdzie na ścieżce jakaś przeszkoda, ale nietrudno ją ominąć.
Wąwóz ma wiele odnóg, ale dopiero po przejściu około 600 m musimy podjąć decyzję, w którą wejść, by trafić do kolejnego zaplanowanego na ten spacer wąwozu. Bo na naszej drodze wyrasta… góra, którą wąwóz oplatać będzie dwoma ramionami. Tak zdarzy się trzykrotnie. Żeby wyjść na właściwą drogę, wystarczy cały czas trzymać się lewej strony i po około dwustu metrach wyjdziemy na pole malin. Jeszcze jakieś 50 m wzdłuż ściany brzóz i wychodzimy na polną drogę wijącą się wśród sadów. Pięknie tu zwłaszcza wiosną…
Teraz, idąc drogą, trzymajmy się prawej strony, wtedy bez trudu trafimy do miejsca, gdzie droga rozwidla się w cieniu wielkiego dębu. Tu wybieramy lewą wyłożoną ażurowymi płytami drogę, która prowadzi obok niedawno odnowionego krzyża przydrożnego, postawionego na pamiątkę „ocalenia Stanisława Przychodnia od kul niemieckich oprawców w czasie krwawej środy w Bochotnicy 18 listopada 1942 r.”. Właśnie tuż przed nim schodzimy w kolejny wąwóz. Według jednej z map to wąwóz Niezabitowskich, których posesja stoi niedaleko jego wylotu, chociaż miejscowi mówią na niego po prostu Wygón, bo tutaj kiedyś wyganiano krowy na wypas. Regionalista Ireneusz Kiljan podaje jeszcze nazwę Dół Graniczny, jako że w XIX w. oddzielał on tereny gminy Kazimierz od gminy Celejów. W czasie okupacji ukrywała się tu żydowska rodzina. Smutna to jednak historia…
 Jedną z ciekawszych odnóg tego wąwozu jest Lisi Dół zwany także Lisią odnogą, która wychodzi na Chłopską Górkę. Idąc od krzyża, to trzecia - największa odnoga wąwozu. Jej nazwa pochodzi od wykurzania lisa - formy wiejskiego łowiectwa.
Po 600 m pojawiają się zabudowania i wąwóz otwiera się na kolejną polną drogę. Skręcam w prawo, by na własne oczy zobaczyć to, o czym mówi cała Polska – osławiony „wąwóz Czarny”, czyli głębocznica na Przychodnia. Jeszcze do niedawna niewiele ludzi o tym miejscu wiedziało. Jeszcze mniej znało jego nazwę, chociaż i dziś dokładnie nie wiadomo, jaka ona jest. Mieszkająca u wejścia do głębocznicy rodzina Niezabitowskich, podaje nazwę: Na Niezabitowskich, rodzina Przychodniów, mająca swoje siedlisko u wylotu głębocznicy – Na Przychodnia. Ale tak to już jest z kazimierskimi wąwozami – ich nazwa związana jest z nazwiskami pobliskich gospodarzy, najczęściej tymi, którzy mieszkają u wylotu jaru. Idąc z dołu – tak jak my – możemy więc śmiało mówić: Na Przychodnia. Nazwa "wąwóz Czarny" pojawia się współcześnie przy okazji zamieszania z utwardzaniem biegnącej tędy drogi.
Idziemy po świeżo wyłożonych płytach, które mają stabilizować dno wąwozu, zabezpieczając je przed dalszym pogłębianiem. Bo głębocznica – chociaż ta nazwa stosowana bywa wymiennie z pojęciem wąwóz – ma pochodzenie antropogeniczne, powstała w wyniku działalności człowieka. To człowiek, prowadząc drogę po stromym zboczu, doprowadził do koncentracji spływu wód opadowych, które cały czas rozcinają pokrywę lessową i kształtują wąwóz o pionowych, pozbawionych roślinności ścianach. W wyniku procesu stałego pogłębiania się dna odsłonięte zostały korzenie drzew rosnących po obu stronach drogi. To rzeczywiście piękne miejsce, jakich wiele w okolicy. Fantastyczne kształty przyciągają wzrok, budzą wyobraźnię. Miejscowi nie radzą jednak chodzić tędy o zmierzchu. Podobno pojawia się tam zjawa czarnego barana...
Po wyjściu z głębocznicy warto zwrócić uwagę na studnię na podwórku pierwszego siedliska na lewo. Jej cembrowinę zdobi biały orzeł w koronie na czerwonym tle. Godło Polski namalowane zostało przez jednego z synów Stanisława Przychodnia – Edwarda, zwanego Brazylijczykiem, który z czasem wyemigrował do Ameryki Południowej „za chlebem”. Zawsze jednak tęsknił za Polską.
- Mój dziadek Stanisław Przychodzeń, zanim wykopał studnię, przez 25 lat co tydzień jeździł głębocznicą do Grodarza po wodę. Niełatwo było wspiąć się koniom pod górę z napełnioną cysterną, którą wieziono na wozie. Woda  była bardzo potrzebna w gospodarstwie, zarówno dla ludzi jak i dla zwierząt. Szczególnie dużo wody potrzebowały konie i krowy. Różdżkarz wskazał  miejsce pod studnię, orzekł, że odpowiednia warstwa wodonośna znajduje się na dużej głębokości, aż 30 m.  Rozpoczęto ręczne kopanie. Po przebiciu się przez less, napotkano niestety na ogromny głaz z czerwonego granitu fińskiego; znajdował się on wśród utworów polodowcowych. Robotnicy nie mogli sobie poradzić z jego wydobyciem, aż ktoś wpadł na pomysł, aby skorzystać z kieratu. Obwiązano skandynawskiego, polodowcowego gościa linami, potem umocowano je do kieratu i gdy siwek zaczął nim kręcić, udało się wydobyć półtoratonowe głazisko na powierzchnię!
To był tak kształtny kamień, że używaliśmy go jako stołu przy grillu. Służył nam przez 70 lat, aż ktoś go niestety ukradł. Do tej pory nie wiem jak, czym i gdzie go przetransportowano; złodziej musiał posłużyć się ciężkim sprzętem, niestety na zamarzniętym gruncie nie zostały żadne ślady – opowiada wnuk Stanisława Przychodnia -  regionalista Stanisław Turski. – Dodam jeszcze, że wykopanie studni to była wtedy kosztowana inwestycja, poszła na nią cała morga ziemi!
Najdroższa była cembrowina, ponieważ fabryki cementu stosowały wtedy zmowę cenową. Podczas okupacji dziadek zakrył  płaskorzeźbę orła na cembrowinie słupkami,  które podtrzymywały walec z korbą, by nie drażnić Niemców. Za Sowietów w 1944 r.  i później w okresie PRL, orzeł nadal był zakryty, aż do czasów gierkowskich, ale i wtedy drażnił niektórych gorliwców.
 Stanisław Turski spadkobierca Stanisława Przychodnia – odnowił orła.
- Wypuściłem go na wolność – mówi.
Godło Polski znowu błyszczy na studziennej cembrowinie.
Wracamy na drogę. Po płytach dochodzimy znów do rozłożystego dębu, by skręcić w lewo. Do parkingu, gdzie rozpoczynaliśmy wędrówkę, dochodzimy Drogą na Kiljana. Tu także można podziwiać wystające korzenie z wplątaną w nie paprocią. To będąca pod ochroną zimozielona paprotka zwyczajna. Tu także znajduje sie inna ciekawostka - najstarsza w Kazimierzu - bo licząca blisko 90 lat - pasieka z krytymi gontem ulami.
Za nami ponad 3,5 kilometra. Zmęczeni?

Data publikacji:

Autor:

Komentarze