Janusz Gajos. Z drugiej strony obiektywu

Udostępnij ten artykuł

Janusz Gajos – polski aktor teatralny i filmowy, najpopularniejszy aktor telewizyjny 2007 roku (laureat Wiktora) był gościem specjalnym Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu, gdzie zaprezentowano retrospektywę jego filmów w cyklu „I Bóg stworzył aktora” oraz retrospektywę jego dokonań… fotograficznych.

Pierwszą wystawę fotografii miał pan 6 lat temu. Jak narodził się Janusz Gajos – fotograf?

Janusz Gajos – W obecnych czasach, kiedy wszyscy mają aparaty w telefonie, to nie jest żaden ewenement – każdy fotografuje. Zależy, w jakim celu i jak się patrzy na te sprawy. Ja zacząłem fotografować jakieś 10 lat temu, jak się pojawiły pierwsze aparaty cyfrowe – przedtem miałem analogowy i jak każdy robiłem zdjęcia w celu upamiętnienia ważnych wydarzeń rodzinnych. Powoli zacząłem chodzić na spacery z aparatem i fotografować pejzaże – tu i ówdzie zaczęły mi się podobać kawałki świata na tyle, że chciałem je po prostu zachować dla siebie.

Magda Umer namówiła mnie kiedyś, by zrobić jednodniowe wydarzenie fotograficzne w Magic Studio w Warszawie i zrobiliśmy taką pierwszą – pierwszą wystawę. Potem Katarzyna Napiórkowska zaproponowała mi wystawę fotografii u siebie w galerii i od tej pory siłą rzeczy musiałem poważnie potraktować tę pasję. Nie trzeba mnie było do tego długo namawiać.

Wystawa w Kazimierzu nosi nazwę: Retrospektywa. Retrospektywa to jest coś, czego się dokonało w dłuższym okresie zawodowym, a to jest retrospektywa moich zainteresowań – bardzo przeze mnie lubianych, ale przecież znajdujących się na poboczu mojej właściwej działalności.

Na wystawie w Galerii Letniej są fotografie miejsc i fotografie ludzi. Co łatwiej się fotografuje?

Janusz Gajos – Zdecydowanie miejsca, chociażby z tego powodu, że fotografowanie ludzi jest deprymujące, przynajmniej dla mnie, bo narusza sferę prywatną człowieka.

Bardzo piękne na wystawie są Pana fotografie z teatru, gdzie operuje Pan światłem i mrokiem.

Janusz Gajos – Jest takie zdjęcie pana Jarockiego, gdzie to kontrowe światło rysuje postać, i zdjęcie Jurka Radziwiłowicza, gdzie w czerni widać w zasadzie tylko jego twarz i rękę.

Na wystawie są również dwie fotografie z Kazimierza. Jaka jest ich historia?

Janusz Gajos – Byłem w Kazimierzu trzy lata temu. Miałem okazję pochodzić sobie poza tzw. centrum, czyli rynkiem i wszystkimi przylegającymi doń uliczkami, byłem też w Janowcu. Mam sporo zdjęć z tamtego pobytu.

Ale takie piękne miejsca jak Kazimierz fotografuje się trudno, bo wszystkie fotografie przypominają… widokówki!

W jakich okolicznościach Pan fotografuje?

Janusz Gajos – O ile moje fotografowanie jest działalnością uboczną, to fotografowanie w podróży jest też dosyć kulawe, bo ja bywam w tych podróżach służbowo – ze spektaklem teatralnym bądź w plenerze filmowym. Fotografuję – przy okazji. Ubolewam nad tym, że nigdy nie dane mi było wybrać się w podróż, gdzie poświęciłbym się tylko fotografowaniu.

Kiedy był Pan studentem i decydował się na udział w filmie „Czterej pancerni i pies” zależało Panu, by był Pan rozpoznawalny. I teraz jest Pan rozpoznawalny, a nawet więcej – wszędzie, gdzie się Pan pojawi w Kazimierzu, towarzyszą Panu tłumy. Jak Pan sobie radzi z popularnością?

Janusz Gajos – Każdy lubi być rozpoznawalny, to nie jest nawet przywiązane specjalnie do zawodu, który wykonuję. A aktor lubi być rozpoznawalny szczególnie, bo to świadczy o zainteresowaniu jego osobą, a to z kolei wpływa na jego losy zawodowe. Kiedy byłem jeszcze w szkole i decydowałem się na udział w serialu „Czterej pancerni”, chciałem być popularny, a jednocześnie podświadomie się tego obawiałem, bo nie wiedziałem, jak to będzie działało. I ta popularność przyszła błyskawicznie – już po emisji pierwszego odcinka. I stała się taką trochę kulą u nogi – potem długo, długo musiałem spłacać jakby raty za to wydarzenie. Trzeba było poczekać, aż się to przemaceruje samo, co trwało ładnych paręnaście lat. Teraz jest rodzaj satysfakcji, że ta popularność – rozpoznawalność mi towarzyszy przez całe te 40 lat pracy, ale zmieniła ona swój charakter.

Jak sobie radzę? Rozumiem, że ludzie lubią się sfotografować z aktorem, popatrzeć na niego z bliska, nawet dotknąć człowieka, którego znają z ekranu. Ja się wcale nie dziwię – ja sam robiłem takie rzeczy – jeszcze zanim zdałem do szkoły aktorskiej – chodziłem w Katowicach do Teatru im. Wyspiańskiego i po przedstawieniu biegałem pod wyjście dla aktorów, żeby zobaczyć, jak oni naprawdę wyglądają.

Mówi Pan, że kiedy przygotowuje się do roli, nierzadko zabiera Pan rolę do domu. Jak Pan godzi zawód aktora z życiem rodzinnym?

Janusz Gajos – Staram się postępować rozsądnie. Nie wprowadzam w domu jakiejś niewolniczej atmosfery, która by podporządkowała całe moje życie, życie mojej rodziny temu, co ja robię. Ale kiedy się zaczyna obcować z postacią, z rolą, to ona nas nie opuszcza aż do premiery – jest z nami cały czas. I siłą rzeczy część życia rodzinnego musi się podporządkować temu – to jest inny rodzaj pracy niż zawód człowieka, który ma obowiązki w określonych godzinach, a potem prowadzi normalne życie towarzysko – rodzinne. Ważny jest w życiu taki partner, który to rozumie i pomaga.

Jakiej roli od Losu jeszcze Pan oczekuje?

Janusz Gajos – Jest w repertuarze teatralnym jeszcze sporo rzeczy, które chciałbym zagrać, ale nigdy nie miałem sprecyzowanego poglądu na rolę, którą zagrać chciałbym... Tak się mówi, że w pewnym wieku aktor ma już tylko rolę Leara do zagrania (śmiech), a ja bym jeszcze z tym poczekał.

Nad czym Pan teraz pracuje?

Janusz Gajos – Teraz zacznę próby do „Romulusa Wielkiego” Durrenmatta w reżyserii Krzysztofa Zanussiego w Teatrze Polonia u pani Jandy. A w Teatrze Narodowym są grane z moim udziałem cztery przedstawienia – najnowszy „Iwanow” Czechowa wyreżyserowany przez Englerta ze wspaniałą obsadą, „Narty ojca świętego”, „Śmierć komiwojażera” i „Władza”.

Dziękuję za rozmowę.

Janusz Gajos – Dziękuję.

Data publikacji:

Autor:

Komentarze