Kazimierz to moje wyciszenie - wywiad z Moniką A. Oleksą

Udostępnij ten artykuł

Jesteśmy po lekturze fragmentów „Spaceru nad Wisłą” i „Uśmiechu mima” Moniki A. Oleksy, książek, w których wydarzenia rozgrywają się w Kazimierzu Dolnym. Kim jest ich autorka? Jakie są kulisy ich powstania?  Zapraszamy do lektury wywiadu z Pisarką.

Mówi Pani, że: „Nałęczów i Kazimierz Dolny to zakątki, do których uciekam na niedzielny spacer lub czas wyciszenia.”
W kazimierskich „Dwóch Księżycach” spędziła Pani zimę, pracując nad książką „Samotność ma Twoje imię”. W powieści „Spacer nad rzeką” wymienia Pani wiele miejsc bardzo popularnych w Kazimierzu: Rynek, Mały Rynek, Farę, Klasztor, Wisłę, Mięćmierz, które obowiązkowo trzeba zobaczyć i w jakich pojawiają się bohaterowie Pani książki. A jakie jest ulubione Pani miejsce w Kazimierzu? Dlaczego?

Monika A. Oleksa - Kazimierz jest tak różnorodnym i urokliwym miasteczkiem, że trudno byłoby mi wybrać to jedno ulubione miejsce. Każdy mój pobyt tam, bez względu na to, czy kilkudniowy czy też kilkugodzinny, zaczyna się od spaceru nad rzeką i wpatrywaniem w Wisłę o różnych porach dnia i roku. Mogę stać w jednym miejscu na nadwiślańskiej promenadzie i patrzeć na rzekę, płynącą spokojnym kazimierskim nurtem, i na drugi brzeg, wsłuchując się w ciszę, której zawsze szukam.

Za każdym razem, gdy jestem w Kazimierzu, wstępuję na kawę i tort bezowy do Herbaciarni u Dziwisza. Dobrze się czuję w tym klimatycznym wnętrzu, z którego nie chce się wychodzić. Obowiązkowo też odwiedzam „Galerię pod Cieniami”, wychodząc stamtąd za każdym razem z nową filiżanką lub delikatnym kubkiem.

Mięćmierz odkryłam całkiem niedawno i przyznaję, że bardzo mnie zauroczył. Lubię kazimierską farę i kościół o.o. Franciszkanów. Lubię chodzić po kazimierskim cmentarzu, szukając śladów przeszłości. Lubię ulicę Sadową, z „Dwoma Księżycami”, i Krakowską. Zatrzymuję się w galeriach na ulicy Szkolnej, oglądam obrazy na Rynku, oraz cuda i różności na Małym Rynku. Jest wiele zakątków, w które zaglądam, i wiele uliczek i zaułków, którymi spaceruję. Chłonę Kazimierz  całą sobą, bo uważam, że to miasteczko jest naprawdę wyjątkowe; jedyne takie na świecie. 

W powieści „Spacer nad rzeką” Doktorówka jest miejscem, o którym pisze Pani, że chciałaby  „stworzyć dla moich synów i ich rodzin taki dom, jakim jest Doktorówka i być w przyszłości być taką teściową, jaką jest Joanna”. To miejsce rzeczywiste czy z Pani marzeń? Znajduje się ono w powieści w nieokreślonym bliżej miejscu w Kazimierzu – to ulica Krakowska?

Monika A. Oleksa - Doktorówka jest miejscem z marzeń, stary dom, pamiętający wiele rodzinnych historii, nie tylko tę, którą opowiedziałam w „Spacerze nad rzeką”.  Pisząc jednak o niej, widziałam ją dokładnie na ulicy Krakowskiej, blisko Wisły.

Gotowanie jest dla Pani ważne. Przepisy na potrawy publikuje Pani na swoim blogu, a często i  w swoich książkach. W „Spacerze nad rzeką” klimat świąt budują także potrawy: pieczeń Bożenki, schab pieczony z odcinanymi oboma końcami, puszysty sernik. Czy któraś z nich może została podpatrzona w Kazimierzu? Skąd takie zamiłowanie do kuchni?

Monika A. Oleksa - Myślę, że ważniejsze od gotowania jest dla mnie celebrowanie wspólnych, rodzinnych posiłków. Ale żeby je celebrować, na tym stole musi się znaleźć przygotowana wcześniej potrawa. Przyznaję, że nie umiem gotować. Nie mam do tego serca i wystarczająco czasu. W naszym domu gotuje mój mąż. To on wymyśla takie potrawy, jakie znajdują się na stole w Doktorówce, eksperymentuje i wyszukuje za każdym razem coś nowego. Zarówno ja jak i nasi synowie uwielbiamy jego kuchnię!

Chcąc się jednak odwdzięczyć mężowi, piekę dla niego ciasta ze szczyptą miłości. Piec bardzo lubię, a poza tym zapach świeżego domowego ciasta koi i wprowadza wyjątkowy nastrój w domu.

Wędrując po Kazimierzu korzystamy również z dobrodziejstw tutejszych kuchni, są one jednak tak wyjątkowe, że ani mąż, ani ja – jeśli chodzi o ciasta, nie staramy się nawet ich kopiować, bo tylko w oryginale smakują tak, że można się zapomnieć.

Pani bohaterka Zosia wyszła za mąż za dużo od siebie starszego mężczyznę i podporządkowuje się – oczywiście z miłością – jego decyzjom. Wpisuje się to niejako w pewien stereotyp związku patriarchalnego, gdzie mąż dla kobiety jest oparciem. Ten temat: feminizm – patriarchalizm wybrzmiewa w Pani powieści chociażby za sprawą jednej z bohaterek – Kingi. Jaka jest według Pani rola kobiety w społeczeństwie?

Monika A. Oleksa - Ważna! Przecież kobieta to zagadka trudna do rozwiązania dla każdego mężczyzny. Nieprzewidywalna nawet dla samej siebie. Skomplikowana i często sama zagubiona we własnych emocjach. Fizycznie i siłowo słaba, a jednak potrafiąca przenieść góry i podtrzymać je na swoich ramionach. Złożona z uczuć, które potrafi nazwać. Tajemnicza, bo nie ujawnia wszystkiego i pozostawia sobie cząsteczkę prywatności, która jest tylko jej i której nie podzieli z nikim. Każdego dnia inna, często humorzasta, lecz nikt tak jak ona nie potrafi ukoić, uspokoić, ugłaskać, złagodzić. Wzburzone emocje. Napiętą sytuację. Wojowniczy testosteron. Umiejętnie używa swojej broni i potrafi zachować ją na długo. Łagodna. Delikatna. Wrażliwa. We wszystkim chce być doskonała i nie daje sobie prawa do porażki. W jednym małym sercu potrafi zmieścić tak wiele i tak wiele osób obdarować sobą. Logistyk i strateg, a jednocześnie puch, do którego można się przytulić i który ogrzewa.

A jej rola? Jest taka, jaką ona sama sobie wyznaczy. Dziś kobiety naprawdę mogą wszystko.  Nie musimy walczyć o prawa wyborcze, uniwersytety czy wyższe stanowiska. Nie musimy być matkami ani żonami, jeśli tego nie chcemy.  Każda z nas ma wybór, którego indywidualnie dokonuje.

W powieści „Spacer nad rzeką” opisuje pani tzw. „jajcowanie” i tzw. „bombkowe”. Jaki jest rodowód tych zwyczajów? Kazimierski?

Monika A. Oleksa - „Jajcowanie” narodziło się w mojej głowie w trakcie pisania książki. Pamiętam dokładnie, że było to rok temu, w lipcu, na plaży w Dąbkach. Pisząc każdą swoją powieść daję się prowadzić bohaterom, i wsłuchuję się w to, co oni chcą mi opowiedzieć. Zosia wraz z Bożenką zabrała mnie na „jajcowanie”, którego pierwowzorem jest dawne darcie pierza i wspólny czas kobiet; taki trochę nasz Czerwony Namiot. 

„Bombkowe” natomiast „skradłam” mojej koleżance.
   
W Pani książce oprócz postaci fikcyjnych są także wymienione z imienia i nazwiska rzeczywiste osoby, które poznała Pani podczas swoich pobytów w Kazimierzu: Jerzy Kuna, Aleksander Serwatka, fryzjerka Wiola. Dlaczego zdecydowała się Pani na taki zabieg literacki? Czy w książce „Spacer nad rzeką” są także inne postacie wzorowane na „typach kazimierskich”?

Monika A. Oleksa - Tylko pan Jerzy Kuna i Aleksander Serwatka są postaciami rzeczywistymi, których znam i darzę ogromną sympatią. Reszta bohaterów (w tym fryzjerka Wiola), są wytworem mojej wyobraźni.  Bardzo lubię wplatać prawdziwe osoby w kartki moich powieści, szczególnie gdy dotyczy to miejsc, jakie opisuję, a z którymi te osoby w jakiś sposób są związane. Myślę, że w ten sposób książka jest bardziej wiarygodna.

Ci z czytelników, którzy są ze mną od pierwszej powieści, wyszukują na kartkach każdej kolejnej osób, które mogą znać, a czasami zdarza im się nawet doszukać samych siebie. W „Spacerze nad rzeką” jedna z moich bohaterek opowiada o pięknej miłości i małżeństwie pszczelarzy z Darłowa. Anna i Stanisław Góral to moi przyjaciele, którzy podzielili się ze mną swoją historią, a ja wplotłam ją w kartki powieści. Taka już jestem. Dzielę się tym, czym warto się podzielić. 

Dla Zosi Rybickiej i jej nowej rodziny Kazimierz zdaje się być „lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok” – jak śpiewa Krystyna Prońko. Czy podziela Pani pogląd swojej bohaterki? Czym dla Pani jest Kazimierz? 


Monika A. Oleksa - Kazimierz to moje wyciszenie i inspiracja do książek. Nawet jeśli ta, nad którą w danej chwili pracuję nie jest powieścią z Kazimierzem w tle, w tym miasteczku i tak potrafię odnaleźć właściwe słowa i poskładać poplątane myśli. Dzielę się tym moim zauroczeniem z bliskimi mi ludźmi, do Kazimierza zabieram moich przyjaciół i opowiadam o tym miasteczku wszędzie tam, gdzie docieram ze spotkaniami autorskimi. Doceniam je i w pewien sposób zazdroszczę jego mieszkańcom, że mogą doświadczać jego wyjątkowości każdego dnia. Dla mnie Kazimierz to odświętność.

Jednak „lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok” są dla mnie maleńkie nadmorskie Dąbki koło Darłowa. Tam zostawiłam część siebie. Tam jestem po prostu szczęśliwa.

 

Z Moniką A. Oleksą
rozmawiała
Anna Ewa Soria

Data publikacji:

Autor:

Komentarze