W Święto Marii Kuncewiczowej...

Udostępnij ten artykuł

Kilkadziesiąt osób zgromadzone w piątkowe, świąteczne popołudnie w Kuncewiczówce miało okazję przeżyć coś niezwykłego. Wybitna aktorka Zofia Kucówna czytała "Listy do Jerzego" autorstwa Marii Kuncewiczowej. Było podniośle, czasami zabawnie, a przede wszystkim – bardzo wzruszająco.

Piątkowe spotkanie zorganizowane w Domu Marii i Jerzego Kuncewiczów jest owocem dorocznej tradycji. Właśnie 15 sierpnia, w Uroczystość Wniebowzięcia NMP oraz w Święto Wojska Polskiego sympatycy twórczości Marii Kuncewiczowej wspominają pisarkę, gromadząc się w domu, w którym przez wiele lat mieszkała. W tym roku szczególne miejsce w organizowanych uroczystościach zajmuje pamięć o Jerzym Kuncewiczu, którego 30 rocznica śmierci przypadła w marcu tego roku.

 

- Mamy niezwykłą okazję, żeby wysłuchać listów do Jerzego, które są lekturą bardzo wzruszającą i chwilami smutną - mówi Agnieszka Zadura, Dyrektor Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym.-  Są przesycone tęsknotą do człowieka, którego już nie ma, ale jednocześnie podkreślające głęboką więź, która istniała między małżonkami. Myślę, że Pani Zofia Kucówna odczyta je w taki sposób, że będziemy tutaj wszyscy płakać.

 

Trzeba przyznać, że w tych słowach  było wiele racji. Lektura Listów była niezwykle poruszająca, a sposób ich odczytania przez Zofię Kucównę pomagał wczuć się w ich treść oraz sens.

 

- Kiedy umarł Pan Jerzy Kuncewicz, jego żona, Pani Maria zapadła w letarg - mówi Zofia Kucówna. - Nie za bardzo chciała się spotykać z przyjaciółmi, a przede wszystkim nie pisała. Tzn. nie pracowała, a co robiła przez całe życie, bardzo sumiennie odpisywała na listy, czego byłam świadkiem. Była zupełnie niechętna wszystkim czynnościom, takim jak np. odpisywanie na listy i niechętna własnemu życiu.. Latem, chyba dwa lata po śmierci Pana Jerzego przyjechałam do Kazimierza z moim mężem, Adamem Hanuszkiewiczem, ot tak, żeby odwiedzić Panią Marię. Namówiliśmy ją na pójście do kościoła, na koncert skrzypcowy Jakovica. Usiedliśmy w stalach, z boku Pani Maria, mój mąż i ja. I proszę sobie wyobrazić, że w połowie tego koncertu wybuchła burza. Najpierw były grzmoty, co bardzo potęgowało dramatyzm gry Jakovica. I potem lunął deszcz, stukał w dachówki. Zrodziła się z tego tak dziwna, tak nieoczekiwana muzyka, połączenie skrzypiec z tym deszczem, to było coś niebywałego. Do tego błyskawice za oknem. To był widok i dźwięk, który rzeczywiście był nieprawdopodobny Spojrzałam na Panią Marię, ona siedziała zupełnie nieruchomo, jakby była w czymś wyrzeźbiona. Nie ruszała się w ogóle, nawet powiekami nie poruszała, była wsłuchana w dźwięk dochodzący zza okien. Po zakończeniu koncertu, gdy już wychodziliśmy, Pani Maria gwałtownie się zatrzymała, odwróciła się twarzą do Hanuszkiewicza i powiedziała: Chcę pisać, ja będę pisać. Więcej na ten temat nie rozmawialiśmy, ale w niej się coś zmieniło. W dwa czy trzy miesiące po tym jak przyjechaliśmy, tu w Kuncewiczówce, w tym pokoju, przy tym stole, siedzieliśmy, piliśmy herbatę, i powiedziała: Poczekajcie chwilę, ja zaraz wrócę. Nie było jej przez jakiś czas, wróciła i trzymała papiery wielkości kartki pisania na maszynie. Chciałam Wam coś przeczytać – powiedziała, otworzyła okładkę i zaczęła czytać…

 

Poniżej prezentujemy część z "Listów do Jerzego", które były odczytane na piątkowym spotkaniu. Opis przeżyć po śmierci ukochanej osoby, wspomnienia z pogrzebu męża, a przede wszystkim niezwykłe uczucie, które łączyło Państwa Kuncewiczów. Listy do Jerzego autorstwa Pani Marii są potwierdzeniem tego, że miłość trwa wiecznie, a śmierć zabiera tylko ciało ukochanej osoby, bo uczucie do niej, jeśli jest silne, pozostaje zawsze żywe.

 

 

Listy do Jerzego

 

To coś, ten ukwiał na rafie koralowej, miało, miał szparę okrągłą podobną do ust. Coś było zebrane w sobie, zamknięte, otwarte tylko tą jedną szparą, śladem ukłucia przez inne coś, które także płynęło i kłuło. O tym pierwszym wiedziałam bez widzenia. To drugie zobaczyłam na ulicy. Ulica miała domki zasklepione. Weszłam gdzieś, gdzie nie było drzwi ani okien. Tam stało to drugie coś w świetle czegoś nad przedmiotem w kształcie otwartej trumny albo pustego koryta. Zapytałam: Kto tu leży? Co się tu robi? Drugie coś wzruszyło ramionami, których nie miało: Nikt nie leży, nic się nie robi. Więc wyszłam. Ukwiał oderwał się od swojej skały nad oceanem i zakwitł ustami na mojej ulicy. Był dziewczynką. Kusa sukienczyna różowa, nóżki jak u komara, włosy blond ciasno splecione w tyle okrągłej głowy. Nie był piękny, nie była piękna ukwiał - dziewczyna. -Jak się nazywasz?* Zawstydzenie: *Ałła Dżijan». Zaczęłyśmy tańczyć. Raz w powietrzu, raz na ziemi, raz pod ziemią. Wszędzie było jasno i pusto. Tylko my. Jaka ja byłam? Stara? Młoda? Nijaka. Spytałam: -Czy masz matkę?» Zjawiła się matka. Chuda, długa kobieta niemodnie ubrana. -Pani się chce z czymś takim tańczyć? - powiedziała. - To drogo kosztuje.» -To nic - powiedziałam 1 zapiszę, opiszę, zapłacą mi.» Ależ nie - zastanowiłam się - nie zapłacą, nie płaci się za nonsens. Tańczyłyśmy, tańczyli, Ałła Dżijan i ja bez imienia. I zatańczyłyśmy, zatańczyli do tego białego tunelu, którędy przebiega kolejka podziemna opodal rzymskiego Koloseum. Żadna kolejka nie biegła. Było czysto, przestronno. Ałła Dżijan znikł, znikła. Ja znikłam, ale wszystko widziałam. A to, co widziałam, czułam jak kołysanie fali, kiedy pływam we śnie. Przepływały? Raczej przelatywały w obu kierunkach osoby w szeleszczących jedwabiach. Wesołe. Bez twarzy. Ciche. Mnóstwo. Nieustanny przelot szeleszczących jedwabi, tęczowych sukien bez twarzy. Wesołych sukien bez ciała. I tylko jeden mężczyzna. Mój syn. Stał z boku, półobrócony do ściany, jak gdyby nie chciał przeszkadzać. Wiedziałam, że miał około sześćdziesięciu i lat, choć wyglądał na czterdzieści, ubranie zwyczajne. -Czy to twoja narzeczona?» - spytałam, kiedy musnęłyśmy go w przelocie, Ałła Dżijan i ja. Uśmiechnął się pobłażliwie, jak wtenczas w Warszawie, kiedy – sześcioletni trzymając moją rękę, mówił na przecięciu Nowego Światu i Alei Trzeciego Maja: «Nie bój się, Mamusiu, ja ciebie przeprowadzę». Znikł. Suknie zaszeleściły mocniej, osoby znikły, prze¬kłuty ukwiał znikł, cała flora i ta uliczna, i ta oceanicz¬na znikła, świtało, przy łóżku stała długa chuda kobieta niemodnie ubrana, puszkiem pudrowała sobie twarz, szyję namaszczała pachnącym olejkiem, krzywiła się: «Pani się chciało z czymś takim tańczyć? Oni mnie wyrzucili z mieszkania. Proszę płacić, matkom coś się także należy». Chudym palcem stuknęła w chudą dłoń. Kto -oni-? Za co płacić? Wstałam i sięgnęłam po portmonetkę. Jerzy, ja tamto napisałam na rok przed twoją śmiercią, bo czułam, że zbliża się coś, na co nie znajdę słów. Rzeczywistość wieloznaczna, całkowicie nierzeczywista. Ta zimna wiedza spadła na mnie rok temu jak przedwczesny śnieg. Ale potrzeba nazywania rzeczy, które nie mają nazw, pozostała. I uczestnictwo w spektaklach bez sensu nadal doskwiera. Ciągle jeszcze, kiedy to piszę, nie tyle żyję, co «jestem żyta-. Dzisiaj, w siedem miesięcy po twojej śmierci. -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Twego pogrzebu nie pamiętam. Pamiętam trumnę w kościele, ustawioną wysoko, i maniacką myśl, że moje kwiaty spadną z wieka. Później stałam gdzieś na powie¬trzu, a naokoło dużo ludzi. Ruszałam wargami, pewnie za coś komuś dziękowałam. Może Bogu za piękną pogodę. Gdzie i kiedy znikła trumna? Dla gości były długie stoły, po obu moich stronach siedzieli i jedli wrogowie. Nie twoi i nie moi, tylko doktryn i ministrów. Na szyi miałam uwiązany szal od wieczorowej sukni, nic innego czarnego nie było pod ręką. Wstałam i dziękowałam czyimś wrogom, którzy byli także czyimiś przyjaciółmi. ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Tak trwało przez wiosnę, lato i wczesną jesień - czas jednakowy. Nie widziałam słońca, deszczu ani księżyca, powietrze dławiło. Stukałam laską między naszym do¬mem a sąsiednią instytucją, zwaną Domem Prasy, gdzie jadłam rzeczy, których ty już jeść nie musiałeś. Z trudem stawałam na nogi. Dyrektor kliniki, któremu oznajmiłeś, wracając in extremis z Rzymu: «Z Lublina wyszedłem, do Lublina wracam», ten sam profesor Kowalewski pomagał mi teraz ciebie przeżyć. Bóle latały po kościach i żądliły jak osy. Tylko te osy czułam, nie zapachy, albo wiatr. Znajomi chwalili moją bawełnianą suknię, nieznajomi prosili o podpisy na książkach, których nie pamiętałam. Nie było z kim rozmawiać o twojej winie, twojej chwale, o tym, że mnie nie ma, ale ty jesteś. Gdzie? Pod dębem? Raczej daleko, coraz dalej, w religijnej mgle, w apo¬kaliptycznym Zbawieniu. Patrząc w sufit, widziałam, jak idziesz przez nieznajomy przestwór i oddychasz tą swoją upragnioną -nadświadomością». Za naszych młodych wakacji kazimierskich narzeka¬łam, że dusimy się w zielonym worku. Ani Wisły, ani pa¬górków za Wisłą, nic tylko masa głęboko zakorzenionej zielem. Zimę 84-85 oglądałam z okien domu, który w 36 roku wybudowałeś na wzgórzu, żeby mnie wyzwolić z zielonego wora. Ale podczas naszego wojennego exodu zmieniła się topografia. RSW Prasa wystawiła na sąsied¬nim terenie brzydkie gmaszysko, zaporę dla oczu sprag¬nionych perspektywy. Chcąc nie chcąc wróciliśmy do zielonego wora, do wyniosłych resztek lasu, gdzieśmy kiedyś wtargnęli między dęby, osiki i białodrzewy z na¬szym miejskim apetytem na szparagi. Jerzy, to, co dzisiaj widzę z okien naszego domu, zbudowanego przez ciebie wysoko na wzgórzu z myślą o I starości w licznym gronie wnuków, to nie jest stracony -widok», to odsłonięta scena dziejów. Wnuki? Jeden je¬dyny wnuk, ogromny, brodaty, łagodny i obcy. W 1936, kiedy dom stanął i nareszcie, wyniesiona ponad drzewa, mogłam patrzeć na rzekę, na farę, na basztę, na wzgórze Trzech Krzyży i na przyszłość, Józefowa wsparła się raz na barierze werandy górnego piętra, utkwiła oczy w domki Zawiśla i rzekła: -Ile tyz to tego draństwa żyje tera na świecie*. Ona ani my nie byliśmy draństwem, bo patrzyliśmy z góry. Teraz nasza kolej na draństwo.


Tekst, foto i video: Katarzyna Gurmińska

Data publikacji:

Autor:

Komentarze