Lektura na weekend: Sklepik

Udostępnij ten artykuł

Zimą czas spowalnia na tyle, że chętniej niż zwykle wracamy do wspomnień z dzieciństwa. Tym razem towarzyszyć nam będzie Ewa Pisula - Dąbrowska, która w rozdziale "Sklepik" swojej książki "Dwa brzegi ponad tęczą" opowiada o swoich młodych latach na Lubelskiej.

„Dopiero w późniejszym wieku dowiadujemy się, co nas spotkało w młodości”. Johann Wolfgang Goethe

Parę dni temu, w dużym puławskim sklepie spotkałam moją bratanicę i ulubienicę, Kasię. Ta śliczna, z dołeczkami w policzkach studentka, latem kelnerka na rynku, mieszka od urodzenia w moim pokoiku na Lubelskiej. Razem z mamą, w tym supermarkecie, odchodziły od kasy i niosły duże pudło z elektrycznym grzejnikiem.

— Dziewczyny, po co wam grzejnik? — zapytałam zaraz po ich wycałowaniu. — Przecież ogrzewacie dom gazem.

— Ciociu, marznę w sklepiku.

— Ciągle ten pokoik nazywacie sklepikiem?

— Hm, tak już chyba na zawsze zostanie.

Kazimierski domek na Lubelskiej ma 200 lat. Pamiętam, jak w latach siedemdziesiątych robiono w nim inwentaryzację muzealną. Zaliczono nie wnętrze a „pierzeję budynku” do zabytków. Przed wojną dwa stojące obok siebie domy łączyła wspólna rodzinna sień.  Inwentaryzacja przyszła po drugiej wojnie, jak już sieni nie było.

Dziś na tę zabytkową pierzeję składa się mój pokoik zwany sklepikiem. W latach trzydziestych XX wieku utrwalił go na obrazie jeden z wybitnych malarzy z Bractwa św. Łukasza, Seidenbeutel. Teraz to kolekcjonerski rarytas.

Drewniany sklepik nie zmienił się od czasu jego namalowania. I wtedy, i dziś od ulicy i od domu wchodzi się do niego po schodkach. Po wojnie dziadkowie prowadzili go krótko, ponieważ w 1948 roku wszystkie prywatne sklepiki zostały w miasteczku zlikwidowane. Nie zmienili tego wnętrza, więc dorastałam w drewnianym pokoiku sklepiku, który od środka wymalowany był na olejno. Zanim się urodziłam, babcia wynajmowała ten pokoik letnikom. Bo wejście miał samodzielne, niezależne, niekrępujące, od ulicy. Miał też na drzwiach i oknie okiennice. Dobrze, że je miał, ponieważ wygłuszały hałas jeżdżących wtedy Lubelską autobusów. Drgań, jakie te duże, obłe i niebieskie wywoływały, niczym nie dawało się stłumić.

Gdy byłam podfruwajką, na schodkach przed sklepikiem urządzałam wraz z siostrami prawdziwy sklep. W sadzie dziadków zrywałyśmy papierówki i na rzeźbionej starej wadze porcelanowymi odważnikami ważyłyśmy jabłka dla letników. Utarg przeznaczany był na cukierki, najczęściej na kukułki, pakowane w rożek z kawałka papieru, lemoniadę, dropsy. Po te łakocie biegałyśmy do Leszkiewicza, vis a vis kościoła św. Anny z przykazaniem babci: „Tylko idźcie po trotuarze”.

Gdy jeszcze Lubelska nie miała wody i każde wiadro trzeba było przynieść z jedynej na ulicy studni, do Kazimierza przyjechała siostra mojej mamy, Wanda. Miała wtedy 39 lat i kilkudniowe dziecko. Będąc ginekologiem położnikiem, miała świadomość, że nie znajdzie tu wyszukanych warunków dla noworodka. Wiedziała, że woda jest tylko w studni, a drewniany przybytek za wystawą na Krzyżówce. Dla nas dziewczynek, mających wtedy 15, 17, 19 lat, noworodek w domu sprawił, że stałyśmy się mułami do noszenia wody. Ciągle jej było mało, bo pieluchy, gałgany, gotowanie, mycie. Miejscowe chłopaki nie miały odruchu pomagania panienkom w dźwiganiu wiader z wodą. Za to warszawskie letniki, a jakże.

Na wodę babcia naszykowała drewniane beczki, takie od kiszenia ogórków, kapusty. Trzeba je było parę razy dziennie zapełnić i, o zgrozo, ciągle było jej mało. Chodziłyśmy z tymi wiadrami w tę i z powrotem. Właśnie przy tym dźwiganiu odkryłyśmy wynikający z odmiany płci potencjał. Zdarzało się, że chłopcy letnicy podchodzili do nas na ulicy z pytaniem: „Może pomoc?”. Na początku byłyśmy zawstydzone, a potem jakoś samo wyszło, że czatowałyśmy na nich przy furtce. To było tak, że jak któregoś z chłopaków zobaczyłyśmy na horyzoncie, to wtedy, jak gdyby nigdy nic, wychodziłyśmy z furtki z wiadrami, udając, że to znów przypadkowe spotkanie. Czasami siostry mnie z tej furtki wypychały, mówiąc: „Twoja kolej”. Czerwona jak buraczek, zawstydzona szłam z dwoma wiadrami, a one chichotały. Krępowało mnie nie to, że nieśli mi wodę, ale to, że będą ją chcieli wnieść na podwórko. Wtedy stanowiło ono część domu. Pranie w miednicy, mycie naczyń, obieranie warzyw na obiad, wszystko latem robiło się na podwórku. Balie, wiadra, koszyki gotowe do użycia stały lub wisiały pod pułapem. Sznurki z praniem odkrywały swoje. Poidła z wodą dla szwędających się po Krzyżówce kur dowodziły, że w domu jest inwentarz. Porąbane szczapki, pieniek i siekiera mówiły, że gotuje się na kuchni węglowej.

Gdy widuję letnika ze Szkolnej, teraz pana po pięćdziesiątce, zastanawiam się, czy pamięta, że nosił mi wtedy wodę. Długodystansowiec z niego w tych przyjazdach tu. Gdzie tam, zwyczajny miłośnik, dużo tu takich, co od lat...

W sklepiku mieściły się dwa żelazne łózka z siennikami ze słomy i stół, na którym babcia stawiała nam pachnące żółte roże. Zbudowany z drewna, usytuowany daleko od komina sklepik był nie do dogrzania zimą.

Gdy po śmierci babci zamieszkał w tym domu mój stryjeczny brat, Jacek, gdy urodziły mu się dziewczynki, Gabrysia i Kasia, w sklepiku zawisły grzejniki. Miał chłopak szczęście, bo Lubelską właśnie skanalizowano, podłączono gaz. Nie ocieplił go widać skutecznie, skoro na pytanie, po co kupiłyście grzejnik, usłyszałam: „Ciociu, marznę w sklepiku”.

Sklepiku nie ma od 1948 roku, czyli przeszło sześćdziesiąt lat. Babci ponad 25 lat. Słynny malarz, który sklepik namalował, został zamordowany przez strażników w obozie koncentracyjnym we Flossenburgu dzień przed wyzwoleniem obozu.

Co zostało? Wspomnienia i dzieci: siedmioro wnucząt, dwanaścioro prawnucząt i jak dotąd osiem małych dziewuszek — praprawnuczek, które, idąc codziennie do przedszkola lub szkoły, przechodzą obok babcinego sklepiku. Kolejne fasolki są w drodze.

Może znów urodzą się dziewuszki? Dziewuszki trzymają się domu.

Lubią małe sklepiki i porcelanowe odważniki.

Może właśnie nimi dziś ważę słowa?

Ewa Pisula - Dąbrowska
"Dwa brzegi ponad tęczą"
rozdział "Sklepik"

 

Data publikacji:

Autor:

Komentarze