Lektura na weekend: Są mną

Udostępnij ten artykuł

Mamy listopad. Miesiąc, w czasie którego patrzymy na rzeczywistość przez pryzmat rzeczy ostatecznych. Tak też o wrastaniu w Kazimierz pisze w swojej książce "Dwa brzegi ponad tęczą" - w rozdziale "Są mną" - Ewa Pisula - Dąbrowska.

„Śmierć nie jest kresem naszego istnienia — żyjemy w naszych dzieciach i następnych pokoleniach. Albowiem oni to dalej my”. Albert Einstein, z listu do wdowy po holenderskim fizyku Heike Kamerlinghu-Onnesie, 25 lutego 1926 r.

Mój Kazimierz nie jest taki, jak przedwojenny Kazimierz Marii Kuncewiczowej — tamtego nie pamiętam.

Pani Maria była rówieśnicą mojej babci. Obie żyły tu w kukiełkowym miasteczku, ale świat opowiadany przez babcię Zofię Zakrzewską jest mi bliższy niż świat widziany oczami pisarki.

Bliższy jest mi dom na Lubelskiej niż dom Kuncewiczów zwany „Pod Wiewiórką”, bo w nim urodziła się moja prababcia, potem w 1901 roku babcia, a w Boże Narodzenie 1931 roku z pomocą doktora Tyszkiewicza urodził się mój ojciec. Ja też spędzałam w nim swoje dzieciństwo. Razem z siostrami, kuzynami.

Pani Maria, w dzieciństwie przesiedlona z daleka, ze wschodnich rubieży, do Kazimierza trafiła już jako osoba dorosła. Przywiózł ją tu mąż w latach trzydziestych. To on, lubelak, pokazał Marii ten świat.

Kiedy wybuchła wojna, opuściła Kazimierz i powróciła do niego pod koniec lat pięćdziesiątych, po dwudziestu latach.

Chwała jej za to, że opisała, zostawiła słowami namalowany obraz przedwojennego miasteczka.

W tamtych przedwojennych opisach Pani Marii wyraźnie jednak czuję jej dystans do miasteczka i tutejszych ludzi. Opowiada o nim jak ktoś stojący z boku. Jak obserwator. Jej serce, czego nie ukrywa, było wtedy gdzieś daleko: wśród przodków, w Paryżu, w Warszawie, w muzyce, w romansie.

Wielkość Marii widzę w jej delikatnej dojrzewającej zgodzie na pokazanie tego, jak długo, powolnie budzi się miłość. Miłość do mężczyzny i do tego miejsca.

I dopiero koniec życia, "Fantomy", "Natura" i ostatnia jej książka (moja ukochana), "Listy do Jerzego", napisana sercem bez wstydu uczuć, bez ukrywania siebie w przenośni, metaforze pokazuje, jak bardzo tu wrosła, jak pokochała, jak zrozumiała i jak zgodziła się na ten świat.

I wtedy, gdy leżała na ławie, przygotowana przez miejscowe do ostatniej drogi, dopiero wtedy wydała mi się naprawdę stąd, bo została po tutejszemu wtajemniczona, bo przyjęła tutejsze obrzędy i według nich została tu pochowana. Każdy ma prawo według własnych kryteriów odczuwać po swojemu. Dla mnie dopiero właśnie wtedy Pani Maria stała się kimś w pełni z tego świata.

Długo szukała siebie i swojej przynależności. Najwięcej powiedziała o sobie, nazwała słowem dopiero po odejściu w inny wymiar męża.

Zastanawia mnie czasami, czy pewne sprawy miała już przemyślane, uświadomione, a odejście męża je dookreśliło, czy też dopiero śmierć pokazała nowe, bo przysłonięte codziennością wartości. Uwielbiam pełne prostoty i otwartości jej "Listy do Jerzego".

Wracając do prostego zwyczajnego świata mojej babci, do jej domu na Lubelskiej, żydowskich koleżanek, które dzieliły się z nią kanapkami w elementarnej szkole, to wisiał w nim przez stulecia obraz Matki Boskiej. Był przekazywany z pokolenia na pokolenie, bo wierzono, że chroni rodzinę.

„Weźmiesz go do swojego domu, jak mnie już nie będzie. Świętego Krzysztofa dasz Hani”, często przypominała mi babcia.

Jakoś przeczuwała, że to ja, najstarsza wnuczka, zajmę się jej dobytkiem. Ani mój ojciec, ani stryj Antoni, nadzwyczaj związani uczuciowo z matką, nie byli w stanie tego zrobić.

Dlaczego zakładała, że ja będę do tego gotowa, że będę potrafiła? A może wiedziała, że rozmawiając ze mną na ten temat tak prosto i naturalnie, akceptując nadchodzące odejście, oswaja mnie i przygotowuje do tych zadań? A może takie sprawy łatwiej omawia się z dziewczynką? Może jej kazimierskie babcie (z Oroniów, Karkosińskich, Kłaków, Zakrzewskich) też z nią tak kiedyś rozmawiały?

Gdy z wojska wrócił syn stryja Antoniego, Jacek, i postanowił wraz z żoną zamieszkać w opuszczonym domu babci, zostałam niejako przymuszona, żeby tam wejść. Cebula (tak z uwagi na jasne loczki nazywaliśmy Jacka w dzieciństwie) chciał wyrzucić wszystko, co było stare, chciał nowocześnie.

I tę niechcianą starość zabrałam ja. Lipowy kredens, stół z „thonetami”, który dziadkowie kupili w 1923 roku, platery bez jednej łyżeczki, obrazy świętych.

Nie wiedziałam wtedy, że część obrazów wiszących w domku babci to malarstwo sław z okresu Bractwa św. Łukasza. Wisiały te obrazki u dziadków „na goździu”, troszkę wypłowiałe, nieoprawione. Z nimi to trochę było tak jak z babcinym szlachectwem.

Gdy zapytałam ją kiedyś, dlaczego jej bracia, Stanisław i Piotr Zakrzewscy, mieli szlacheckie papiery, a ona nie, dlaczego nosili sygnety, a ona tylko od święta zaręczynowy pierścionek, odpowiedziała mi tak:

„Oni poszli w świat, mnie tu do niczego szlachectwo nie było potrzebne. A poza tym, co to za szlachectwo z nazwiska Kłak? Brzydko się kojarzy”.

Gdy byłam mała i trzy domy dalej na Lubelskiej umarła staruszka, nowi wyrzucili na podwórko zastawę. Srebrne pozdzierane sztućce, łyżki wazowe, małe łyżeczki walały się w piachu. Wyrzuconych rzeczy nikt z sąsiadów nie chciał i tylko my dzieci bez oporów wzięliśmy je sobie do zabawy w dom i gotowanie. Zapamiętałam na nich charakterystyczną potrójną lilijkę.

Nie nauczono mnie szacunku do starych rzeczy. To się urodziło samo, wtedy gdy przyszło mi zlikwidować skromny dobytek babci. A może to już było we mnie gotowe i wtedy się obudziło?

Każda stara rzecz była mi znana, bliska, oswojona. Przeniesiona do domu na Rogowski Gościniec nabierała blasku, przydawała się, znajdowała zastosowanie. Miejsce na dom na Rogowskim Gościńcu też wybrała babcia.

„Na Lubelskiej jest ciasno, bez przewiewu, budujcie się na polach, tam jest wiatr, przestrzeń”, doradzała synom.

Te przeniesione z Lubelskiej meble, drobiazgi są jak namacalne złote sznureczki, które wiążą z tamtym światem. Przedwojenne muchołapki, szklane niebieskie słoje na nalewki, cukiernice, karafki, drzwiczki lipowego kredensu przypominają i jednocześnie łączą, jakoś zespalają.

Nie oznacza to, że nie widzę uroku i rozmachu domu Kuncewiczów. Widzę, bo przecież pięknie wtopił się w miasteczko.

Dom moich pradziadków, dziadków, w którym do dziś mieszka mój stryjeczny brat Jacek z rodziną, wtopił się we mnie. Chodzę tam czasami, żeby postać trochę na podwórku. Poczuć z bliska.

Dom państwa Kuncewiczów jest częścią miasteczka, które uwielbiam. Wspomnienie letnich sukien Pani Marii jest czarujące, zwiewne.

Wspomnienia o mojej babci nie są zwiewne. Są częścią mnie. Są mną.

Data publikacji:

Autor:

Komentarze