Lektura na weekend: Czyja to wojna?

Udostępnij ten artykuł

O wiewiórkach i drzewach, i o tym, że niełatwo odróżnić ziarno od plew  przeczytamy w kolejnym fragmencie książki Ewy Pisuli - Dąbrowskiej "Dwa brzegi ponad tęczą?".

„Ideały są jak gwiazdy, nawet jeśli nie można ich dosięgnąć, trzeba się wedle nich orientować”. George Bernard Shaw

Już listopad. W cieniu 16 stopni na plusie, w słońcu 30. Siedzimy na osłoniętym, południowym balkonie, w krótkich spodniach, bo gorąco, wręcz upalnie. A po drzewach skaczą wiewiórki.

Dobrze je widać teraz, kiedy wiszą już tylko ostatnie liście i pojedyncze jabłka zostawione dla ptaków - dziobaków.

Rude stworzenia pracują z zapałem. Robią zapasy. Wiosną to dopiero będzie widać, jak rude kitki musiały się orobić jesienią. Gdy wszystko zacznie puszczać soki, wyjdą z ziemi kiełki z rozniesionych przez nie orzechów.

Te pracowite, zwinne stworzenia są, być może, w Kazimierzu zagrożone.

To rzadkość w Polsce, ale na Górach podobno pojawiły się szare wiewiórki.

Jeżeli to prawda, to źle to wróży pospolitym rudym.

Źle, bo te szare mają w sobie wirusa, który zabija rude, a z którym szare żyją w symbiozie.

Szare przybyły do Europy z Ameryki. Najwięcej jest ich w Wielkiej Brytanii, trochę we Włoszech. Pojedynczo, donosi się, widziano je już w Polsce.

Są większe, śmiałe, nie boją się człowieka i są mniej wybredne w jedzeniu, bo nie gardzą, jak smakoszki rude, na przykład żołędziami. Szybciej się też rozmnażają, trzy razy do roku potrafi ą mieć młode i ekspansywnie zajmują tereny podległe rudym. Mają również inną niż rude śmiałość, bo włażą do domów oknami, pchają się do środka i trudno je wypłoszyć. W necie wyczytałam, że traktowane są jak plaga, że się na nie poluje, by ograniczyć ich populację. Rożne kraje rożnie sobie radzą z dominacją szarych.

Dzidek mi mówił, że zimą w jego „Aniele”, domu na Górach, tak się szare rozpanoszyły, że całe lato wyłapuje je rękami i wyrzuca przez okna.

Czyżby naprawdę już zadomowiły się w Kazimierzu?

Jak nie zobaczę, to nie uwierzę!

Ale kiedy myślę sobie o rudych wiewiórkach, o tym, że moje kitki mają do dyspozycji leżącą na werandzie niepowleczoną, starą bawełnianą kołdrę, która wygląda jak włochacz, bo z niej wyciągają watę na ocieplenie dziupli, to myślę też, że nie chcę tej szmacianej kołdry podarować szarym.

Nie chcę, bo pozarażają i przetrzebią rude, które są delikatne, płochliwe i towarzysko miłe.

Oj, cudnie jest podglądać je z odległości poł metra, zza fi ranki, jak wyciągają watę z tej kołdry, jak zajadają się wystawianymi dla nich w słojach orzechami. Jak pałaszują, śmiecąc wokół, nasiona z szyszek świerków.

Wreszcie, jak uczą młode skakać z gałęzi na gałąź.

Czasami matka trzy razy wraca po jedno młode, które się „zaparło” i zamiast skoczyć, jak rodzeństwo, zastyga w bezruchu z niewiary, że może mu się udać.

A może w temacie „wiewiórka ruda, wiewiórka szara” nie myślę poprawnie, sympatyzując z rudymi? Może należy spojrzeć na ten temat tak, jak kiedyś pan Jerzy Kuncewicz_ na drzewa?

On swojej żonie Marii nie pozwolił wyciąć drzewa, choć ta przekonywała go z uporem, że rosną za blisko siebie i silniejsze zabija ładniejsze.

Pięknie opowiedziała o tym Maria Kuncewiczowa, gdy jej mąż „przestał już być widzialny”. Tak pięknie, że przytoczę, bo warto:

„Jerzy, ty tak szanowałeś drzewa (...) Nie pozwalałeś drzew ścinać, upierałeś się nawet przy wierzbie nie twojego sadzenia. Stała uczepiona korzeniami zbocza (...). Zasadził ją, pewnie ze dwadzieścia lat temu, jakiś obcy, samowolny wiatr, wyprowadziło z błota słońce, oszczędziły mrozy, zapłodniły pszczoły. Nie była złocista (...). Była bardzo wysoka, szarawa, sztywna, rozszczepiona na dwa pnie. Przeszkadzała jarzębinom i klonowi, rzucała cień na azalie. Mówiłam: Po co nam ta wierzba, ani płacząca, ani swoja? — Ona żyje — powiedziałeś. — Ona zabiła azalie! — krzyknęłam. — To nie nasza rzecz takie wojny — usłyszałam!”. *

Lekuchny temat wiewiórek jest tylko zaczepnym tematem.

Szare, rude, rozszczepione tworzą świat, w którym przyszło nam oddychać, do którego trzeba znaleźć odniesienie.

Ciągle szukam. Szukam ostrożnie.

Dobrze, że z roku na rok przybywa strzałek.

Jak w podchodach.

PS: Ostatnio Dzidek mówił mi, że szare się wyprowadziły, że pojawiły się koszatki. Jak nie zobaczę, to nie uwierzę.

* Rozmowę z mężem, Jerzym Kuncewiczem, opisała Maria Kuncewiczowa w swojej książce Listy do Jerzego, Wydawnictwo PAX, Warszawa 1988.

Jerzy Kuncewicz — prawnik, pisarz, eseista (zm. w 1984 r.).

Data publikacji:

Autor:

Komentarze